Przejdź do treści

Nie każde „E” jest złe. Niekoniecznie Dietetycznie o (nie)zdrowych dodatkach w żywności

Nie każde "E" jest złe. Zdj: White.RainForest on Unsplash
Podoba Ci
się ten artykuł?
Podoba Ci
się ten artykuł?

Anna Reguła, prowadząca profil Niekoniecznie Dietetycznie na Instagramie, zwraca uwagę na to, że – wbrew powszechnemu przekonaniu – nie zawsze należy bać się symbolu „E” w składzie produktu. 

Co kryje się pod symbolem „E”?

Co właściwie oznacza umieszczenie „E” w spisie składników danego produktu? To, że zawarto w nim dodatek do żywności. Jak podkreśla Anna Reguła, wcale nie musi być on szkodliwy i sztuczny – do produktów dodaje się też m. in. witaminy. Co więcej, przed trafieniem na rynek dodatki przechodzą cały szereg badań, mających na celu wytropienie ich ewentualnej szkodliwości i możliwych skutków ubocznych. Jeśli dane „E” nie przejdzie testów, nie zostanie dopuszczone do sprzedaży. Niekoniecznie Dietetycznie dodaje również, że każdy dodatek do żywności, spożywany w ilości nieprzekraczającej ADI (acceptable daily intake, czyli dopuszczalnego dziennego spożycia) jest bezpieczny. Dodatki są też stale monitorowane.

Dietetyczka podkreśla, że:

Producenci żywności nie mogą stosować dodatków w dowolny sposób - jest to regulowane przepisami. Dodatki mogą być stosowane tylko wtedy, kiedy ich użycie jest technologicznie uzasadnione i nie stwarza zagrożenia dla zdrowia lub życia człowieka.

Kobieta czyta etykietę produktu w sklepie

Kiedy zaczyna się problem z „E”?

Anna Reguła dodaje, że sama obecność „E” w danym produkcie nie musi stanowić problemu do niepokoju, jednak zawsze trzeba dokładnie czytać etykiety. Dlaczego? Część produktów może zawierać cukier, sól, nasycone kwasy tłuszczowe, zbyt mało witamin, składników mineralnych i błonnika pokarmowego. Gdy produkty barwione, konserwowane i aromatyzowane pojawiają się na naszych talerzach zbyt często, istnieje ryzyko przekroczenia dopuszczalnej dawki ich spożycia.

Dlatego Niekoniecznie Dietetycznie radzi, by -w miarę możliwości – jak najczęściej wybierać produkty o niskim stopniu przetworzenia, by zrównoważyć te dni, gdy sięgamy po produkty z większą ilością „E” w składzie. Zaznacza również, że tego typu produkty mogą powodować reakcję alergiczną, ale jedynie u mniej niż 1 proc. dorosłych i u mniej niż 2 proc. dzieci.

Do wyświetlenia tego materiału z zewnętrznego serwisu (Instagram, Facebook, YouTube, itp.) wymagana jest zgoda na pliki cookie.Zmień ustawieniaRozwiń

A Wy, jak często sięgacie po produkty z dodatkiem „E”? Czytacie etykietę produktu, zanim go kupicie?

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy: