Więcej kęsów, mniejszy apetyt?
Znamy przecież osoby, które jedzą szybko, ale są szczupłe, i odwrotnie. Dlatego – oprócz argumentu, że jedząc wolniej, szybciej wysyłamy mózgowi informację o zaspokojeniu apetytu – nic więcej nie przekonuje mnie do tej teorii.
Jak jest naprawdę, sprawdzili naukowcy z Teksasu. Wyznaczyli dwie grupy badanych: 35 osób z nadwagą i otyłością oraz 35 z normalną wagą. Badania wykazały, że obie grupy faktycznie czuły po godzinie mniejszy głód po wolnym jedzeniu niż po szybkim. W takim razie czy spożyły mniej kalorii?
Potwierdziło się to w grupie bez nadwagi – te osoby, jedząc wolniej, spożyły średnio 88 kalorii mniej. Badacze stwierdzili, że u osób z nadwagą i otyłością tempo jedzenia nie ma większego związku z ilością przyjmowanych kalorii.
Rolki
Eksperci tłumaczą
Specjaliści uważają, że wolniejsze jedzenie szybciej daje nam uczucie pełności. Woda lub pokarm dostające się do żołądka aktywują znajdujące się tam receptory, a te przysyłają sygnały nerwem błędnym wprost do mózgu.
Jeśli częściowo strawione jedzenie pokonuje dalszą drogę i dostaje się do jelita cienkiego, to zapoczątkowuje wydzielanie się niektórych hormonów, np. cholecystokininy (CCK) i leptyny, która zmniejsza apetyt. Badania pokazują, że leptyna także współdziała w mózgu z dopaminą, wywołując uczucie przyjemności i zaspokojenia po spożytym posiłku. Jeżeli jemy zbyt szybko, nie dajemy organizmowi wystarczająco czasu na zaistnienie tych reakcji. Przez to nadal odczuwamy głód. Są teorie mówiące, że u niektórych osób otyłych występuje zaburzenie wydzielania leptyny, przez co mózg nie otrzymuje wystarczającego sygnału o poczuciu sytości.
Jedzenie bez pośpiechu to nie tylko mniejszy apetyt, to także mniejsze ryzyko udławienia, połknięcia ości czy zakrztuszenia. Tylko nie zapominajmy, że i tak najważniejsze jest to, co na tym talerzu mamy.