Jak dajemy się nabrać?
Pojęcie greenwahingu zna pewnie wiele i wielu z nas. Oznacza ono sytuację, w której firma proponuje klientom rozwiązania, które pozornie służą środowisku, podczas gdy jego realny wpływ na planetę jest zerowy. Jak pisze na swoim profilu na Facebooku Damian Parol, korporacje w ten sposób często chcą poprawić swój wizerunek albo obniżyć koszty.
„Za pierwszy przykład greenwashingu uchodzi proszenie gości hotelowych o to, żeby nie wymieniali ręczników codziennie 'w trosce o środowisko’. Odpowiedź na pytanie, czy hotel myśli w pierwszej kolejności o swoich kosztach, czy rzeczywiście zanieczyszczeniu środowiska pozostawiam czytelnikowi” – pisze Parol.
Takich przykładów jest znacznie więcej i jest o nich coraz głośniej, głównie za sprawą eko aktywistów i aktywistek, a termin „greenwashing” już na dobre wpisał się do słownika. Jednak, jak podkreśla w swoim wpisie dietetyk, nikt nie spopularyzował terminu „fitwashing”, czyli tożsamego zjawiska na rynku produktów spożywczych.
„Wiele firm sprzedaje niezdrowe produkty, które próbuje przypudrować tym, że niby są zdrowe” – pisze Damian Parol.
Rolki
Czym jest fitwashing?
Przykładów fitwashingu jest mnóstwo, choć rzadko zwracamy na nie uwagę. „Fitwashingowe” komunikaty, które znajdziemy na etykietach produktów i w sloganach reklamowych, to m.in:
- „Teraz bez oleju palmowego” – jak pisze dietetyk, konsumenci uznają olej palmowy za synonim najgorszego zła, więc wiele firm zastępuje go np. olejem kokosowym. „Żywieniowo to zmienia w zasadzie nic, ale takie hasło ładnie wygląda na opakowaniu” – podkreśla Parol.
- „Gluten free!” – spoko jeśli to produkt kierowany do osób z celiakią, gorzej jak ktoś próbuje udawać, że płatki kukurydziane stały się zdrowsze, od kiedy nie ma w nich glutenu, bo przestano używać słodu jęczmiennego.
- Owoce w zestawach fastfoodowych – zauważyłaś, że ostatnio restauracje z fast foodem dodają owoce do zestawów dla dzieci i wprowadzają produkty wege? „Niby krok w dobrą stronę, ale nie przeszkadza im to jednak oferować najmłodszym wysokoenergetycznych posiłków” – zaznacza Damian Parol.
- „Bez GMO” – jak pisze ekspert, to jedna z „najbrzydszych” zagrywek. „W Polsce praktycznie nie ma produktów z surowców modyfikowanych genetycznie, a ponadto nie ma nic złego w GMO. Ale widać stempelek 'wolne od GMO’ zapewnia lepszą sprzedaż i producenci to wykorzystują” – wskazuje.
- Fit-słodycze – to według Damiana Parola najbardziej jaskrawy przykład. Jak podkreśla, dzisiaj półki sklepów spożywczych i z odżywkami uginają się od „legalnych batoników” i „czekolad bez wyrzutów sumienia”. „Oferta ta jest różna, ale ogromna większość to produkty wysokokaloryczne, wysokoprzetworzone i jedynie przypudrowane kilkoma gramami białka i lekko zredukowaną ilością cukru. Na dygresje zasługuje fakt, że prawie nigdy nie mają one zredukowanej ilości tłuszczu, czyli najbardziej energetycznego i najmniej zdrowego składnika” – pisze dietetyk.
- Wege-mięsa – „w ostatnich latach bardzo urosła branża roślinnych zamienników mięs. Problem w tym, że wiele z nich, pomimo że reklamowane jako zdrowsze, ma więcej soli i tłuszczów nasyconych niż zwykłe mięso” – zauważa ekspert.
„Powinniśmy popularyzować termin fitwashingu, piętnować najgorsze jego przykłady oraz mieć świadomość, że wiele z produktów sprzedawanych jako 'zdrowe’ wcale takie nie jest. Oczywiście – wszystko jest dla ludzi. Możliwość wzięcia owoców w fastfoodzie jest dobra, a słodycze proteinowe mogą znaleźć czasem zastosowanie. Trzeba mieć jednak sporo wiedzy, żeby nie nabierać się na fitściemy. A obawiam się, że przeciętny konsument ich nie ma” – podkreśla Damian Parol.
Damian Parol – kim jest?
Damian Parol z wykształcenia jest magistrem dietetyki i psychodietetykiem. Ale ma też legitymację instruktora kulturystyki i przez wiele lat pracował jako trener personalny. W 2018 obronił z wyróżnieniem doktorat na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Prowadzi bloga, profil na Facebooku i konto na Instagramie @dr.damian.parol, który obserwuje ponad 37 tys. osób.
„Kiedyś bardzo irytowało mnie to, jak wiele jest w przestrzeni publicznej nieprawdziwych informacji na temat dietetyki. Tworzą je dziennikarze, aktorzy, piosenkarze, fit-celebryci i sami dietetycy. Postanowiłem więc stworzyć bloga, na którym przy pomocy nauki (i wsparciu memów), będę walczył z tymi mitami” – podkreśla dietetyk.
Rozwiń